Tadeusz Moderski

NA TROPIE HITLEROWSKICH ZBRODNI

Prawie po miesiącu przygotowań w tajemnicze podziemia Walimia ruszyła ekipa, która zajmie się zbadaniem lochów, sztolni i podziemnych korytarzy. Obecnie saperzy sprawdzają teren, czy nie kryje min, niewypałów, badają radioaktywność – słowem przygotowują bezpieczny grunt dla grotołazów i nurków. O efektach tego niezwykle ciekawego przedsięwzięcia poinformujemy czytelników w kolejnej korespondencji.
Przedtem pragniemy donieść, że na apel Zachodniej Agencji Prasowej skierowany do tych wszystkich, którzy posiadają jakiekolwiek dane dotyczące przeszłości walimskich lochów, odpowiedzieli czytelnicy z różnych miast. Jeden z najciekawszych listów pochodzi od ob. Tadeusza Moderskiego z Poznania. Autor pisze: Jestem długoletnim więźniem hitlerowskich obozów koncentracyjnych. W roku 1944 zostałem skierowany przez Sondergericht w Lipsku na karę śmierci. Po prawie 3-tygodniowym wyczekiwaniu na wykonanie wyroku, po uprzednim „przeegzaminowaniu” przez SD, wybrano z grupy skazańców około 20 ślusarzy precyzyjnych, tokarzy, pracowników przemysłu samolotowego i skierowano nas do pracy w okolice Wałbrzycha do obozu Wüstewaltersdorf I (Walim). Tu początkowo zatrudniono nas przy drążeniu sztolni, potem mnie, jako fachowca, skierowano do montażu instalacji centralnego ogrzewania…
Tadeusz Moderski jest więc jedynym dotychczas (ze zgłoszonych) człowiekiem, który był więźniem w głębi lochów i zna częściowo ich ponurą tajemnicę. W przeddzień wielkiej wyprawy w podziemia odwiedziłem autora listu.

DWA MIESIĄCE W LOCHACH

Cztery lata obozowej tułaczki, w tym dwa miesiące walimskiego piekła. Dzisiaj, w dwadzieścia lat od zakończenia wojny, trudno Tadeuszowi Moderskiemu z tego okrutnego bilansu stworzyć przejrzysty obraz tego, co przeżył on i tysiące innych w Walimiu. Nic dziwnego. Często chciał zapomnieć! Nie lubi wracać do tego tematu. Czasem tylko syn zagadnie: Tatusiu, opowiedz, jak to było…?
Dziś, na moja prośbę, odżywa wspomnienie sierpniowej nocy 1944 roku. Transport kilkudziesięciu wagonów na stacji kolejowej w Wałbrzychu, w którym znaleźli się miedzy innymi wspomniani w liście do redakcji koledzy: Stanisław Grzesiak, Stanisław Kowalski – obaj z Warszawy, Henryk Nowak z Łodzi, Antoni Wojtkowiak z Poznania, Władysław Jagodziński z Częstochowy i inni. Potem szczelnie zakrytymi ciężarówkami w nieznanym kierunku. Wreszcie lochy, w których miał dopełnić się wydany w Lipsku wyrok śmierci. Przedtem jednak, z racji swoich zawodowych umiejętności, musieli pod batutą SS-mańskich batów wykonać niezwykle ważne dla Rzeszy zadanie…!

FABRYKA TAJEMNICZEJ BRONI

Komando, w którym mnie zatrudniono, miało za zadanie montować instalację centralnego ogrzewania – opowiada Tadeusz Moderski. Niezależnie od tego, w lochach pracowały komanda specjalistów ślusarzy, tokarzy, elektryków itp. W sumie w podziemiach skupiono około 800 specjalistów, nie licząc kilku tysięcy więźniów różnych narodowości.
Ten fakt chyba najlepiej określa rozmach i znaczenie tej niezwykłej budowli, która – jak twierdzili sami Niemcy – tu w lochach specjalnie nie dbając o tajemnicę – miała służyć jako fabryka nowej broni o niezwykłej sile niszczycielskiej.
Tadeusz Moderski opowiada o labiryncie korytarzy rozmieszczonych na przestrzeni kilkunastu , a może kilkudziesięciu kilometrów, połączonych ze sobą tak poziomo, jak i pionowo. Budowa była trzy poziomowa! Mój rozmówca nie wyklucza istnienia 5 kondygnacji. Nie jest tego jednak pewien, ponieważ pracował tylko na trzech poziomach, o innych słyszał w rozmowach z więźniami.
W odległości około 500 metrów od głównego wejścia, na trzecim poziomie, znajduje się sztolnia wykuta w skale, 50 metrów długa i 10 metrów szeroka. Tutaj Niemcy montowali tokarki, frezarki, szlifierki do kół zębatych typu „Magg” i inne maszyny. W hali tej zainstalowano również 6 potężnych dysz do wyciągania i wtłaczania wody. Tajemnicze bunkry, które tak zainteresowały nas podczas pierwszego rekonesansu w podziemia, miały według relacji mojego rozmówcy służyć do przeprowadzania prób z nową bronią.
Montowałem w jednym z nich instalacje cieplną – opowiada. Bunkier posiadał ściany o grubości 3m, powierzchnię kilkunastu metrów kwadratowych, pułap do 7m. wejścia do bunkra bronią podwójne żelazne drzwi, wewnątrz zalane betonem. Sadze, że nawet najpotężniejszy wybuch nie zdołałby rozerwać takiego laboratorium! Bunkier wyposażony był w nieznaną mi bliżej aparaturę.

PRZEŻYŁEM PODZIEMNE PIEKŁO WALIMIA

Tego rodzaju pomieszczenia znajdują się na każdej kondygnacji. W którymś z nich, jeszcze podczas mojego pobytu w lochach, miały się odbywać próby z nowymi głowicami do pocisków V-1 i V-2 (opowiadali o tym sami Niemcy).
Jeden z bunkrów służył do… likwidacji więźniów!

PODZIEMNE PIEKŁO

Przy budowie podziemnych sztolni i korytarzy, obok licznej grupy specjalistów, zatrudnionych było kilka tysięcy więźniów i jeńców różnych narodowości. Jak się okazuje, najwięcej było tu Polaków, Rosjan, Żydów. Ci ostatni mieli w lochach specjalny obóz. W podziemiach pracowali również jeńcy wojenni. Jak się łatwo domyślić, przeznaczeniem wszystkich była śmierć! Stąd duża swoboda w prowadzeniu przez Niemców rozmów na tematy służbowe. Na cóż tajemnica, skoro nikt, kto raz przekroczył bramę do lochów, nie miał ujrzeć dziennego światła. Fakt ten wyzwalał wśród nadzorujących budowę SS-manów nieludzkie instynkty. Ci, którzy uniknęli śmierci pod obrywającymi się głazami, ginęli od wyrafinowanych metod.
W pamięci Tadeusza Moderskiego mocno utkwiło nazwisko niejakiego Lüdeke. Gruppenführera w stopniu porucznika SS. Syn adwokata i szanowanej rodziny z Hamburga ( co nie omieszkał podkreślać na każdym kroku!) zabawiał się zabijaniem więźniów, bijąc ich ręcznym młotkiem po głowie. Jeżeli to nie zaspokoiło jego sadystycznych namiętności, Lüdeke stawał z kijem przy kładce biegnącej nad podziemnym kanałem i bił po nogach więźniów noszących worki z cementem. Więźniowie wpadali do kanału. Biada temu, kto w porę nie udźwignął kilkakrotnie cięższego nasiąkniętego wodą worka. Ginęła od zadawanych kijem ciosów!
Przykłady takie można mnożyć! Byłem świadkiem – opowiada T. Moderski – jak dwóch Niemców założyło się miedzy sobą o to, czy uda się przeciąć więźnia na pół jednym uderzeniem siekiery! Tej potwornej zbrodni musieli przyglądać się pracujący w podziemiach więźniowie. Zwycięzca zakładu otrzymał butelkę wódki!
Prawdziwe męki przechodzili więźniowie podczas posiłków. Zupa z brukwi podawana była dosłownie w temperaturze wrzenia, a jako wystarczający czas na jej spożycie SS-mani uznali czas… 5 minut! W przypadku niezastosowania się do tego zarządzenia następna grupa więźniów nie otrzymywała w ogóle posiłku! To, co się działo wtedy, trudno nawet określić dantejskimi scenami. Nic dziwnego więc, że z 500 ludzi przywiezionych do lochów za udział w Powstaniu Warszawskim po 14 dniach zostało zaledwie kilkunastu!
Według relacji Tadeusza Moderskiego średnio dziennie ginęło w lochach 10 ludzi. W lochach brak było jakichkolwiek medykamentów. Ranni, a tych przy tego rodzaju budowli nie brakowało, owijali rany… papierem z worków od cementu.

DLACZEGO ŻYJĘ?

Fakt, że Tadeusz Moderski wyszedł cało z tej podziemnej fabryki śmierci, zawdzięcza tylko przypadkowi! Otóż we wrześniu 1944 roku większość prac instalacyjnych była już zakończona. Resztę już mieli wykonywać zaufani specjaliści niemieccy. Więźniom zupełnie zabroniono wstępu do pewnych partii podziemi.
Pewnej nocy grupę 12 więźniów (w tym i mnie) – opowiada T. Moderski – skuto w kajdanki załadowano na ciężarówki. Po kilkunastu godzinach podróży w szczelnie zakrytych ciężarówkach znaleźliśmy się ponownie w lochach, identycznych jak walimskie. Jak się później okazało, była to sławna podziemna fabryka V-1 i V-2 w górach Harzu, w okolicach Halberstadtu. Obóz ten posiadał oficjalna nazwę Komando II „Malachit – Zwiberge”. W potocznej rozmowie wśród współwięźniów nazywano go Wüstewaltersdorf II (nazwę tę potwierdzili SS-mani!). A więc należy sądzić, że obozy te miały jednakowe przeznaczenie i to samo kierownictwo. Powiem jeszcze, że z gór Harzu transportowano korpusy pocisków „V” do Walimia. Ładowali je na pociągi sami więźniowie. Były to jednak same korpusy bez głowic!
Ciężka choroba sprawiła, że Tadeusz Moderski przeniesiony został do szpitala. Tu w nieomal beznadziejnym stanie szczęśliwie przetrwał do wyzwolenia.
Rozpoczęła się akcja poszukiwawcza na terenie b. filii obozu koncentracyjnego Gross – Rosen w Walimiu k/Wałbrzycha. Badania prowadzi Główna Komisja Badania zbrodni Hitlerowskich wraz z redakcją „Żołnierza Ludu”. Udział w akcji biorą żołnierze Śląskiego Okręgu Wojskowego oraz członkowie klubów speleologicznych z Warszawy i Wrocławia. W górach znajdują się wydrążone w skale tunele oraz betonowe hale. Dotychczas odnaleziono dziewiętnaście włazów do tuneli podziemnych, zbudowanych w charakterystycznym układzie szachownicy i połączonych ze sobą.

Źródło:

1. Kazimierz Łuczak, Przeżyłem podziemne piekło Walimia, Trybuna Opolska nr 179 30.07.1964
2. Bartosz Rdułtowski, Podziemne tajemnice Gór Sowich, Technol 2011